27 października 2007

Jest koniec tygodnia. A może już początek następnego? Straciłem rachubę tych dni-nie-dni. Każdy jest tak bardzo inny od poprzedniego, że w tej różnorodności żaden nie jest wyróżniony, żaden nie jest szczególny. Jednolity, jednostajny ciąg niecodziennych dni. Nawet miejsca nie jestem w stanie określić. Może jest to Słowacja, a może Węgry. Raczej nie Polska. Pora roku też nie jest wcale oczywista. Trochę jesieni, trochę zimy, ale też i lato próbuje przypomnieć o sobie, chociaż nikt już w to nie wierzy. I tak otoczony tą nieokreślonością jem ogórki konserwowe ze słoika z obrazkiem nieznanego kraju, popijam piwem z puszki pokrytej obcymi napisami i zastanawiam się… właściwie, to nad niczym się nie zastanawiam. No bo dlaczego by nie?