Piątek, 17 lutego 2006

Mglisty wieczór, śnieg z deszczem opada z cichym szmerem i nie może się zdecydować, czy jeszcze jest zima – i zamarzać, czy raczej połączyć się z tą wczesnowiosenną breją leżącą na drodze. Pod Mielcem myśliwski zajazd. Pusto – o tej porze roku podróżują tylko ci, którzy muszą. Podłogi i ściany wąskiego korytarza wyłożone skórami dzików, pokój jadalny obwieszony porożami jeleni. Jest kilka minut po północy, nie mogę zasnąć. Gdzieś w głowie słyszę szum, jakby szelest, a może raczej szept. Cichszy, niż moje myśli, ale jednak wyraźny. Delikatnie otwieram drzwi i wyglądam na korytarz. Mgliste – jak ten wieczór – sylwetki dzików z przeoranymi gardłami, dziurami w bokach, jelenie bez głów zatrzymują się w nocnym spacerze, odwracają w moją stronę i patrzą w milczeniu nieistniejącymi oczami. Zaczyna świtać.