Sobota, 13 sierpnia 2011

Podkarpacka wieś. Nawet za mocno powiedziane – kilka domów wzdłuż drogi krętej, jak jelita węża. Wyjeżdżam zza zakrętu, nagle – zbiegowisko. Chodzą, łypią oczami, kręcą głowami, tupią, przytupują – wszystko w milczeniu. Kury trochę dalej, kogut – przy samej drodze. A na asfalcie zwłoki. Trup. Prawdopobnie, bo wygląda to raczej, jak rozpruta poduszka polana keczupem. Zwalniam, szyba jest uchylona, bo to przecież środek lata. Słychać popołudniowy szum traw, a one drepczą w miejscu, gapią się bezwstydnie i – mógłbym przysiąc – gadają jedna przez drugą:

– Tak jeżdżą teraz, tak, tak.

– Dziesięć jajek zostawiła i dwa pisklęta, tak, tak.

– Należało się jej. Niejednemu ko-kogutowi dała się wydziobać.

– Lazła jak krowa, to i zabili, tak, tak.

– No i dobrze, przy ko-korycie to zawsze pierwsza była.

Tylko kogut w milczeniu potrząsa grzebieniem to w jedną, to w drugą stronę. Która więcej gada, która ma dziób bardziej błyszczący, która skrzydła silniejsze? Którą wybrać teraz? Nie wymagało to wszystko wiele zachodu, wystarczyło ją przestraszyć tuż przed wyjeżdżającym samochodem. Głupia kwoka.

Poezja góglowego translatora

Ciekawostka z prywatnego archiwum – w ramach zabijania wieczornej nudy, skopiowałem zimą ubiegłego roku fragment prognozy pogody, a potem przepuściłem go przez łańcuszek tłumaczeń: z polskiego na indonezyjski, z indonezyjskiego na fiński, z fińskiego na suahili, potem czeski i parę innych. Ostateczną wersję z powrotem przetłumaczyłem na polski. Oto, co z tego wynikło:

Czytaj dalej Poezja góglowego translatora